Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

Canaan Mineral Mud Bar

Nie było mnie tu sto lat. I tu i u was. Mam się dobrze (w końcu!) i żyje :D Jedyne miejsce w sieci gdzie jestem ciągle to instagram, więc zapraszam :D Dziś o mydełku, które bardzo polubiłam, a mianowicie o mydle z błota mineralnego. 


Mydło znajduje się w kartonowym białym pudełeczku. Mi się osobiście ono podoba. Znajdziemy na nim podstawowe informacje takie jak opis produktu, skłąd, datę przydatności. Opis jest zarówno w języku polskim jak i angielskim. 


Samo mydło jest dodatkowo ofoliowane, więc mamy pewność stuprocentowej nieskazitelności. Jest to zwykła brązowa kostka z wytłoczonym napisem. Prezentuje się bardzo schuldnie i kusząco.


Skład zachęca i to bardzo.  Błoto z morza martwego jest już na drugim miejscu. Jest też oliva czy też sól morska. Alkohol jest w składzie dośc wysoko jednak mi w żaden sposób nie zaszkodził. 


Działanie? Miód malina. Używam go tylko do twarzy. Rano i na wieczór zwilżoną twarz "masuję mydłem". Nie wyciągam go z pudełeczka. Używam tylko jednej krawędzi i najprościej pisząc jeżdżę po twarzy. Jest to mycie połączone z lekkim peelingiem, ponieważ zdrobinki (podejrzewam, że soli :D) delikatnie masują gębulę. Chyba po raz pierwszy spotykam się z tym, że nie ma żadnego kłamstwa od producenta. Mydło świetnie oczyszcza - czasem wręcz skóra "skrzypi". Brzydkie niespodzianki to prawdziwa rzadkość nawet gdy zjem coś niewłaściwego czy gdy jestem przed okresem, Cera wygląda na zadbaną co bardzo mnie cieszy. Pokochałam je :D Mydło ma łagodny specyficzny zapach, ale nie powinno być to problemem. Dobrze się pieni i przy użyciu tylko na twarz jest nieskończone. Posłuży mi bardzo długo.


W pudełku oprócz mydła jest jeszcze ulotka jednak ta jest już cała po angielsku. Mydło znajdziemy w Rossmannie. Ja kupiłam na promocji za jakieś 7 zł, cena regularna to 9,99 zł. Jak na takie działanie to nic tylko brać :)

Evree Magic Rose

Dziś zaczełam ćwiczenia z Kaylą Itsines i zamiast 4 serii zrobiłam tylko dwie... do tego byłam gorzej niż zasapana... Źle ze mną :D Do tego koszmarny kaszel męczy mnie już prawie dwa tygodnie ;/  Pomarudziłam, więc czas na recenzję produktu który towarzyszy mi od dłuższego czasu. 




Olejk różany od Evree schowany jest w kartoniku który skutecznie przykuwa naszą uwagę. Kolorowy, bogato opisany i ze złotymi elementami wyróżnia się na sklepowych półkach. 







Sposoby użycia:



Sam olejek znajduje się w szklanej buteleczce z pipetką. Butelka jest mała, poręczna i poza nazwą produktu nie ma na niej żadnych informacji. Lepiej zostawić sobie kartonik :)



Bardzo fajnym i pomysłowym udogodnieniem (jak dla mnie) jest umieszczenie na kartoniku rysunku z instrukcją masażu twarzy. Przydatna informacja na przyszłość :)



Olejek stosuję codziennie jednak nie na całą twarz. Wklepuję go w okolice oczu czyli tam gdzie mam najcieńszą i najbardziej wymagającą cerę. Czasem dodaję go do maseczeki  błotnej bądź po takiej maseczce robię masaż całej twarzy. Na pewno ma to wpływ na wydajność olejku ponieważ praktycznie mi go nie ubywa jednak nawet przy codziennym stosowaniu na całą twarz wydajność dalej będzie na wysokim poziomie. Jeśli chodzi o konsystencję to nic odkrywczego nie napiszę - dośc szybko spływa po twarzy, więc trzeba się spieszyć z rozsmarowywaniem :D Kolejnym plusem jest zapach - delikatny, nie nachalny i jak dla mnie czuć tu różaną nutę :) A co z najważniejszą kwestią? Cudownie nawilża i odświeża cerę. Skóra po oczami jest gładka i wygląda zdrowo. Ta mała buteleczka kryje w sobie płyne cudo :) Warto używać go jednak na noc gdyż na dzień może być zbyt tłusty. 



Skład prezentuje się bardzo kusząco i "na bogato" :)



Moim zdaniem to świetny produkt, który jest wydajny, wygodny w użyciu i o fantastycznym działaniu. Jest wart swojej cany zwłaszcza na promocji :)
Znajdziemy go w Rossmannie za 29,99 jednak często jest na promocji. Ja za swój zapłaciłam bodajże 18 zł :)



Loton, Spa&Beauty, Oil Therapy, Olejek macadamia do ciała i włosów

Po poprzednim poście pora na coś lżejszego. Niestety raczej mój plan regularnego blogowania nie wypali ponieważ zamierzam się skupić na moim małym-wielkim marzeniu. Napiszę o nim więcej gdy się uda :) Pochłonie to sporo mojego czasu gdyż muszę się uczyć i jak najszybciej znaleźć pracę :D Obiecuję będę się starać :) 


Olejek tak jak i inne z tej serii znajduje się w przyciemnianej i plastikowej buteleczce o pojemności 125 ml zakończonej pompką. Jeśli chodzi stronę estetyczną i wizualną to idealnym słowem do jej opisania jest prostota. Koniec końców kosmetyk ma działać a nie wyglądać. 



Ma przyjemny zapach, który niestety na skórze za długo się nie utrzymuje. Jak radzi porducent używałam go i na ciało i do włosów. Niestety, ale jeśli chodzi o ciało to mi dawał średnie nawilżenie. Wsmarowywałam go po kapieli a rano skóra była sucha. Jest to też niestety  dość nieekonomiczny sposób. Jeśli chodzi o olejowanie włosów sprawa wygląda lepiej. Zazwyczaj nakładałam go na kilka godzin na długość. Włosy były miękkie i odżywione, niestety beż efektu wow.  


Sposób użycia i skład:



U mnie sprawdził się średnio czyli tak samo jak olejek kokosowy jednak myslę, że wart jest wypróbowania bo każda z nas jest inna i ma inne potrzeby :) Znajdziemy go w Biedronce, Rossmannie i drogeriach w cenie ok 13-14 zł. 

Loton Spa & Beauty, Oil Therapy Coconut Oil

Tego posta pisałam chyba z tydzień. Mam jakiś zanik umysłowy i słowny :D Będzie krótko i na temat. Zapraszam :D

Coconut Oil z serii Spa & Beauty przeznaczony jest do bezpośredniego stosowania na włosy oraz ciało. Olej kokosowy wnika w struktury włosów chroniąc je przed utratą wody i protein, dzięki czemu stają się one miękkie, lśniące i mocne. Wcierany w skórę głowy poprawia jej ukrwienie i wzmacnia cebulki włosowe. Stosowany na ciało nawilża i wygładza skórę. Obecne w oleju kokosowym naturalne antyoksydanty zwalczają wolne rodniki, spowalniają procesy starzenia skóry i sprawiają że staje się ona jędrna i elastyczna.


Olej znajduje się w plastikowej przyciemnianej buteleczce o pojemności 125 ml zakończonej pompką.Pompka się nie zacina i możemy dozować odpowiadającą nam ilość kosmetyku. Butelka jest przeźroczysta, więc nie ma problemu z kontrolą zużycia.  Szata graficzna jest bardzo prosta i wzroku nie przyciąga. Cóż, ważne to co w środku.


Konsystencja jest dość leista toteż zalecam wzmożoną uwagę coby Wam przez palce nie przeciekło :D Można go używać do ciała bądź włosów przy czym ja częściej używałam go w opcji numer 2. Niestety, ale jeśli chodzi o nawilżenie ciała radzi sobie średnio. Stosowałam go po kąpieli a rano skóra na nawilżoną nie wyglądała. Lepiej to wyglądało w przypadku włosów. Niemniej jednak pomimo tego, że po nałożeniu go ( trzymałam zazwyczaj 3-4 h pod ręcznikiem) włosy były miękkie i odżywione brakowało mi efektu wow. Taki efekt uzyskałam stosując olej kokosowy z innej firmy. Zmywa się łatwo, babydream daje radę. Dużym plusem na pewno jest zapach. Nie wiem dlaczego, ale mi przypomina gumę balonową nie kokosa :D 


Skład :
Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Parfum, Tocopheryl Acetate.


Podsumowując olej nawilża i zmiękcza włosy jednak w moim przypadku to za mało. 

Obecnie oleje są na promocji w Biedronce za 8,79. Znajdziemy je również w Rossmanie. Do oleju kokosowego z tej serii już nie wrócę, ale może u Was sprawdzi się lepiej :)



Kakaowa rozkosz z kremem Isana

Jestem człowiekiem wrednym jednak liczę na to, że w przyszłym tygodniu odezwie się do mnie Pani w sprawie pracy i zaprosi na próbny tydzień bo dziewczyna wybrana przez nią nie sprawdziła się zbyt dobrze. Wcale nie życzę jej źle tylko chcę bardzo bardzo tam iść :D Co by sobie humor poprawić zapraszam na recenzję produktu w którym nie znalazłam minusów.


Coraz częściej sięgam po marki rossmannowskie ze względu na ciekawe składy i kuszące ceny. Tym razem postawiłam na krem do ciała shea&kakao od Isany i się nie zawiodłam. 


Krem znajduje się w plastikowym pojemniczku o pojemności 500 ml. Dodatkowo zabezpieczony jest folią także mamy pewność, że nie lądowały tam żadne obce paluchy :D Jeśli chodzi o sam design to jest raczej mocno przeciętny. Ot biały słoiczek z brązowawą nakrętką i nalepkami. Na nalepkach znajdziemy takie informacje jak skład, opis działa czy termin przydatności.


Sam krem konsystencją przypomina raczej balsam. Świetnie rozprowadza się po ciele i wystarczy jego niewielka ilość. Wysoko w składzie ma olej kokosowy co przedkłada się na bardzo dobre działanie. Nie mam wymagającej czy bardzo suchej skóry jednak przy ostatnich upałach potrzebowałam silniejszego nawilżenia. Stosuję go zawsze na wieczór po kąpieli a na następny dzień mogę się cieszyć mięciutką i nawilżoną skórą. Wchłania się dość szybko i nie pozostawia nie przyjemnego filtru.  Jednak jego największym plusem jest zapach. Przez sreberko nie wiedziałam jaki on będzie i był to dla mnie zapachowy kot w worku. Przy pierwszym wdechu przepadłam. Cud, miód, malina. Za pewne takie zapachy trzeba darzyć sympatią bo nie każdemu mogą się podobać. Nie za mocny a jednak dobrze wyczuwalny pozostaje na skórze jeszcze przez jakiś czas. Uzależnia. Chcesz pachnieć słodko i kusząco niczym mieszanka kakao i kokosa? Kup!



Skład:



Ja na pewno kupię go jeszcze nie raz. Miałyście? A może używacie teraz?









Olejek Super Slim od Evree

Ćwiczeniami i racjonalnym żywieniem bardzo osłabiłam paskudny cellulit na moich udach. Może zmniejszyłam, ale nie zlikwidowałam. Potrzebowałam dodatkowego środka. I znalazłam. 



Olejek znajduje się w kartoniku na którym znajdziemy wszystkie potrzebne informacje od sposobu użycia po skład i ciekawostki o składnikach. Design jak najbardziej na +. Jasna zieleń, srebrne wstawki, przejrzystość - wszystko to przykuwa uwagę. Możemy również zobaczyć jak wygląda sam olejek nie otwierając pudełeczka. 





Dużo obietnic czyż nie? Cellulit, brak jędrności i niedoskonałości to mój problem. Czy olejek go rozwiązał?

Zanim o tym czy działa kilka słów o opakowaniu. Olejek znajduje się w zwykłej plastikowej buteleczce z zamknięciem typu klik.Wystarczy lekko przycisnąć i wyleci nam tyle olejku ile potrzebujemy. Buteleczka jest plastikowa, więc bez problemu kontrolujemy zużycie produktu. Zarówno kartonik jak i nalepka na butelce są odporne na tłuste od olejku dłonie.


Skład wygląda imponująco czyż nie? Olej z nasion słonecznika,  olej ze słodkich migdałów, emolient, olej z pestek winogron, olej z nasion makadamia, ekstrakt z alg... można by wymieniać i wymieniać.  Same dobroci. Według mnie z takim składem to nie może być zły kosmetyk. W porównaniu do innych preparatów przeznaczonych do ujędrniania czy redukcji cellulitu jest bardzo naturalny. Ponieważ nie znalazłam minusów wymienię wam pozytywy. Olejek jest dość wydajny, ja stosuje go tylko na uda i niewielka ilość wystarczy to wysmarowania całych ud. Pięknie pachnie, jest to słodki, delikatny zapach którego jak  zwykle nie potrafię określić :D Nie wchłania się w minutę ale po ok 6-7 minutach można zapomnieć, że się go nakładało. I najważniejsza kwestia. Ujędrnił skórę na udach, jest krótko pisząc fajna. Pomarańczowa skórka w moim przypadku została chyba zredukowana do minimum. Prawie nic nie widać. Używam go po prysznicu - niewielką ilość wsmarowuję przez jakieś dwie minuty kolistymi ruchami.  Znajdziemy go w Rossmannie za 27,99 a w promocji nawet za 18 zł.


Peeling do ciała Wellness&Beauty- o krok od miłości

A miało być tak pięknie... Peeling z W&B olejek z mango i kokosa zachwycił mnie wyglądem, zapachem i składem. No prawie bo składu dokładnie nie doczytałam...




Zaczynając od początku. Opakowanie to plastikowy słoiczek o pojemności 300 ml. Słoiczek jest przeźroczysty także widzimy jak wygląda peeling oraz zużycie. Design jest minimalistyczny i ogranicza się do dwóch naklejek z opisem produktu + nalepki z opisem w języku polskim. Moją uwagę przyciągnął mimo braku świecących czy kolorowych napisów. Plusem jest również zamykanie - nie ma z nim problemu nawet jeśli mamy mokre dłonie i nie przepuszcza produktu ( możecie wrzucić na przykład do torby i nic się nie wyleje :))


Jeśli chodzi o konsystencję jest dość zbita i bez problemu sunie po ciele. Otwierając słoiczek możemy zobaczyć nagromadzony olej na wierzchu. Ja starałam się to wymieszać z resztą aby nic się nie zmarnowało :)






Skład prezentuje się następująco:



Peeling w nazwie ma cukrowy tymczasem na pierwszym miejscu w składzie mamy sól morską... I to właśnie ona nie pozwala pokochać mi tego peelingu. Jeśli chodzi o działanie to jest świetne - dobry zdzierak (drobinki nie rozpuszczają się za szybko), nawilżenie pierwsza klasa ( ma się wrażenie naolejowania ciała). Po tym peelingu nie trzeba używać mazideł do ciała bo jesteśmy już dobrze nawilżone, ale bez uczucia lepkości. Używanie tego peelingu to prawdziwa przyjemności gdyż jego zapach jest obłędny. Delikatnie słodki, kuszący, soczysty (nie wiem jak inaczej to określić :D). Można popaść w zapachowy obłęd. Niestety euforia trwa chwilę, a po niej.... ból.  Skóra wokół moich paznokci jest łagodnie mówiąc w złym stanie. Ciągle odchodzą mi skórki które dodatkowo wyrywam czy szarpię (takie jakieś moje zboczenie). Po góra minucie kontaktu z peelingiem pieką mnie dłonie Gdyby nie ten fakt spokojnie dałabym mu miano ulubieńca i zagościłby w łazience na stałe. A tak to było to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie...:(

Trylogia Niezgodna - tylko dla młodzieży?

To śmieszne jak łatwo można się przywiązać i zżyć z nieistniejącymi osobami zwłaszcza w tak krótkim czasie. Czuję się przez to głupio. Bardzo. Właśnie skończyłam czytać ostatnią część trylogii i czuję się jeszcze źle a smutek rozrywa mi serducho. 



Każdy szesnastolatek przechodzi test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musi wybrać frakcję. Ten, kto nie pasuje do żadnej, zostaje uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony. Ten, kto łączy cechy charakteru kilku frakcji, jest niezgodny – i musi być wyeliminowany…

Szesnastoletnia Beatrice dokonuje wyboru, który zaskoczy wszystkich, nawet ją samą. Porzuca Altruizm i swoją rodzinę, by jako Tris stać się twardą, niebezpieczną Nieustraszoną. Będzie musiała przejść brutalne szkolenie, zmierzyć się ze swoimi najgłębszymi lękami, nauczyć się ufać innym nowicjuszom i przekonać się, czy w nowym życiu, jakie wybrała, jest miejsce na miłość.
Tymczasem wybucha krwawa walka między frakcjami, a Tris ma tajemnicę, której musi strzec przed wszystkimi, bo wie, że jej odkrycie oznacza dla niej śmierć.

Przy tych książkach uderzyła mnie pewna myśl - skąd się bierze ich sukces? Jesteśmy znudzeni swoim życiem i chociaż w fikcyjnym świecie szukamy wrażeń? Być może i tak jest zwłaszcza, że mamy skłonności do utożsamiania się z bohaterami. No ja mam na pewno. I chociaż Beatrice ma szesnaście lat a ja tymczasem już niestety prawie 22 szybko o tym zapomniałam. Szybko się z nią zżyłam i odnalazłam w niej kawałek siebie. Już na wstępie napiszę, że moim zdaniem książka jest zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników. Zależy tylko co kto lubi. Sukcesem takich powieści jest fakt, że bohaterki czy bohaterowie to nie super ultra koksy tylko zwykli ludzie. Okej jak dla mnie Tris jest zbyt odważna, ale ma też wady, nie jest pięknością co jest kilka razy podkreślone.

Miałam kupić całą trylogię bo byłam pewna, że będę do niej wracać, ale niestety zdanie zmieniłam...
Pierwsza część jest według mnie częścią najlepszą. Tris poznaje nowe życie, siebie i swoje lęki i ograniczenia. Podoba mi się jak powoli rozwija się jej relacja z Tobiasem. Język jest lekki i jak zwykle tego typu powieść czyta się bardzo szybko. Świat wykreowany przez autorkę ma swój własny urok i mimo, iż motyw jest dość oklepany - życie po prawie, że końcu świata posiada indywidualizm. Druga część również podbija moja serce. Akcja i jej zwroty a także relacje bohaterów, ich przemyślenia i postępowanie nie pozwalały oderwać mi się od niej na długo. Niestety... trzecia część zniszczyła wszystko. Dzieje się za dużo. Za dużo informacji, postaci i skakania od wątku do wątku. Postacie giną jedna po drugiej, tracą swoje osobowości i zlewają się w jedno. Najgorsze jak dla mnie jest zakończenie. Tak wiem, nie każdy lubi happy endy, ale ja tak. Do tego narracja dwóch osób a nie jednej dość psuje efekt dwóch poprzednich książek. Na świecie jest pełno zła i śmierci i często mam ochotę być choć książki w pewnym stopniu były od tego odskocznią. Pod tym względem bardziej podobał mi się Igrzyska Śmierci. A tu... Oczywiście może i zakończenie niespodziewane, ale autorka wyprała je z wszelkich emocji, ze wszystkiego. 

 Nie wiem czy mogę polecić tę serię. Pierwsze dwie książki tak, trzeciej nie, a przecież historię trzeba skończyć. Wręcz jestem obrażona na autorkę bo musiałam walczyć ze łzami. Doczytałam do końca gdyż ciągle miałam nadzieję, że historia tak się nie skończy. Mam w sobie tyle sprzecznych emocji co denerwuje mnie jeszcze bardziej. I mam głęboką nadzieję (mimo, iż tego nie lubię), że scenarzyści zmienią zakończenie w filmie.

Lekki krem z kwasami AHA i PHA od Bielendy

Szybko wpadam z notką i wypadam :) Na tym zjeździe powinno zamknąć mi się większość tematów, więc Mam nadzieję, że już od przyszłego tygodnia wrócę do normalnego blogowania i odwiedzania Was.
Z kwasami zapoznałam się jakiś czas tamu u kosmetyczki. Miałam 3 zabiegi. Kwasem 20%, 30% i 40%. Wybaczcie nazw nie pamiętam :D Nie mogę napisać, że nic nie zdziałały bo skóra nabrała zdrowszego kolorytu a i paskudztw na twarzy zniknęło wiele ( chociaż wpierw trochę ich też wyskoczyło). Zachęcona pozytywnym wpływem kwasów zdecydowałam się na krem od Bielendy, który miał służyć za dopełnienie kuracji.


Jest to krem przeznaczony do użytku profesjonalnego. Rozumiem to tak, że przeznaczony do użytku w salonie kosmetycznym. Krem kupiłam u kosmetyczki bez najmniejszego problemu. Znajduje się on w 50 ml plastikowej buteleczce  z pompką. Bardzo wygodnie i higienicznie :) Jeśli chodzi o design to całość jest utrzymana w bieli z czerwonymi i srebrnymi świecącymi naklejkami ( dość niefotogeniczne :D)
 
Zgodnie z przeznaczeniem krem idealnie dopasowany do moich potrzeb. Mimo iż, na opakowaniu jest napisane aplikuj rano i wieczorem stosowałam krew tylko na noc. Przez pewien czas według zaleceń kosmetyczki co dwa dni. Teraz już używam go codziennie jednak ze względu na pogodę i coraz mocniejsze słońce będę musiała go odstawić. Wierzcie w ogóle mi się to nie podoba.



 
Krem ma bardzo lekką konsystencję o białym kolorze. Jak dla mnie jest bezzapachowy. Nie maluję się, więc nie mam pojęcia jak się sprawdza jako baza pod makijaż. Jest bardzo wydajny. Potrzebujemy na prawdę niewielką ilość na całą twarz. Ze względu na cienką skórę pod oczami ten obszar omijam. Nie musimy się martwić o tłustą czy nie przyjemną warstwę, ponieważ szybko się wchłania i nie zostawia po sobie śladu.

Skład:

Na drugim miejscu olej arganowy, dalej kwas laktobionowy, ekstrat z ziarna kakaowca, masło shea, kwas migdałowy, pantenol i wiele wiele innych dobroci.




Patrząc na skład można mieć duże oczekiwania. Moje zostały zaspokojone. Najlepiej gdy przytoczę Wam przykład :
Wieczór- patrzę w lustro a to wielkie białe paskudztwo. Smaruję buziolę kremem, idę spać a rano wytrzeszcz oków. Po paskudztwie została czerwona mała kropeczka. 
Teraz jestem przed okresem, ten czas to dla mnie czas wysypu. Ku mojemu zdziwieniu pojawiły się może ze 2 niespodzianki, które szybko zniknęły. Jak dla mnie krem jest świetny. Moja cera dawno nie wyglądała tak dobrze. Czoło które zawsze miało wypukłości teraz jest gładziutkie, mam wrażenie, że już się też tak nie świecę w ciągu dnia. Jak już wcześniej pisałam krem jest bardzo wydajny a ma niestety tylko 6 miesięcy ważności od otwarcia. Myślę, że koło września do niego wrócę. Cena jak za taki kosmetyk nie jest wysoka i w sklepach internetowych waha się mniej więcej od 34 do 38 zł.




Aktywator wzrostu - ściema czy aktywacja?

Ostatnio był rosyjski bubelek, więc dziś dla odmiany produkt, który polubiłam :)



Włosy osłabione?  Tak to moje. Zanim przejdę do konfrontacji z obietnicami kilka słów o opakowaniu. Genialne. Taka zakręcana saszetka jest bardzo wygodna w użyciu.  Spokojnie możemy z niej korzystać mając mokre ręce jednak produkt jest dość wodnisty, więc trzeba uważać, aby go nie przelać. Ja uważałam i nic mi się nie wylewało a takie opakowanie zajmuje mało miejsca i pozwala wydobyć produkt do ostatniej kropelki.


Pierwszym wielgachnym plusem tego szamponu jest zapach - delikatny, nienachalny, kojący zmysły. Drugim to dobre oczyszczanie. Nieźle radzi sobie z olejami. Nie spodziewałam się, że będzie się tak pienił. Tego typu produkty zazwyczaj się nie pieniły w ogóle. W tym przypadku jest inaczej co przedkłada się na wydajność. 100 ml starczyło mi na jakieś półtora miesiąca. Oczywiście mam dość liche i cienkie włosy , więc nie potrzebowałam wielkich ilości. Obietnice?  Nie wszystkie spełnione.
- zapobiega wypadaniu - ciężka sprawa. Włosy lecą mi ciągle, nieprzerwanie już od dłuższego czasu. Jednak teraz jest ich mniej w odpływie, a to już coś. Nie zapobiega, ale w jakimś stopniu ogranicza.
- przywraca miękkość - od czasu złożonej pielęgnacji mam miękkie włosy i problem łamliwości już mnie nie dotyczy jednak po tym szamponie włosy są dość "sztywne" , więc polecam użycie odżywki
- ułatwia rozczesywanie - nigdy nie miałam z tym problemów odkąd  włosie zmieniło się ze zdrowego i grubego w to co mam teraz, więc na ten temat się nie wypowiem
- stymulacja wzrostu - najważniejsza kwestia. Moje włosy nie rosną albo robią to na poziomie minimalnym. Sytuacja zmieniła się po Serum na porost. Ale serum nie używałam już od paru miesięcy. Myślałam, że przez ten czas będę mieć zastój, ale nie! Włosy rosną na tyle, że mogę to zauważyć a to już coś. Oznacza to, że szampon musiał się do tego przyczynić.


Skład kusi. I to właśnie ten skład ma moc przyśpieszania porostu :) Jak dla mnie to produkt do którego wrócę na pewno. Znajdziemy go w wielu sklepach internetowych za śmieszną cenę ok 5 zł. Do tego teraz na Skarbach Syberii jest w promocji za 3,54 zł. Nic tylko kupować :)

Receptury Babuszki Agafii - tonik przeciw wypadaniu włosów.

W ten paskudny dzień żartów zapraszam na niepochlebną opinię. Po super efektach jakie dało serum na porost włosów napaliłam się na rosyjskie kosmetyki. Zapał ten szybko ostudził ten oto przyjemniaczek. 



Gdzieś zapodziały mi się wcześniejsze zdjęcia dlatego przytoczę opis i skład ze strony Skarby Syberii.

Naturalny ziołowy tonik do włosów – przeciw wypadaniu, dzięki unikalnej kombinacji naturalnych składników, intensywnie wzmacnia i odżywia włosy oraz cebulki włosowe, skutecznie zapobiegając ich wypadaniu.

Cóż.. zanim o "super efektach" kilka słów o opakowaniu. Nieduża plastikowa buteleczka o pojemności  150 ml z zamykaniem na klik. Ten typ zamykania to chyba najgorszy wybór przy takim produkcie.



 Aplikacja jest bardzo uciążliwa. Dużo produktu się marnuje. Jest on dość wodnisty i trzeba bardzo uważać, aby nie przeciekał przez palce. O niebo lepiej sprawdziło by się psikadło jakie mamy w serum na porost włosów. 






SKŁAD (INCI): Aqua with infusions of extracts: Carum Carvi, Quersus Robur Cortex, Persicaria Hydropiper, Acorus Calamus, Katon CG.



Przy takim składzie wydawać by się mogło, że efekty będą świetne. Ziołowy zapach jest przyjemny i nieuciążliwy. Jakiego, więc doświadczyłam rozczarowania gdy efektów nie było żadnych. Włosy nie są wzmocnione, wypadają, nowych włosów brak a i te "stare" nie rosną. Po prostu nic. Wiem, że każda głowa jest inna, ale ten produkt na moją nie ma żadnego wpływu. Smuteczek. 



Znajdziecie go w wielu sklepach internetowych m.in. Skarby Syberii, KalinaSklep, kosmetykirosyjskie.pl czy allegro. Cena waha się mniej więcej od 10 do 12 zł
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dziękuje, że mnie odwiedzasz. Piątka za komentarz! Jeśli masz jakieś uwagi pisz :) Cały czas się uczę i rozwijam :) To właśnie Wy jesteście moją motywacją :)
PS. Komentarze z linkami blogów bądź typu obserwujemy? będę pomijać :) Jeśli nie czytasz posta a jedynie oglądasz zdjęcia to komentarz sobie daruj :)

Gadułki

Get this commentators widget

Popularne posty